23 lutego

Już o 9.30 jesteśmy w Calamie, szybki wynajem terenowego samochodu w wypożyczalni na lotnisku i mkniemy 90 km w kierunku San Pedro de Atacama – małej osady, a tak naprawdę oazy w sercu pustyni Atacama, gdzie gromadzą się wszyscy, którzy chcą poznać uroki i piękno pustyni. Miasteczko jest położone na wysokości 2440 m n.p.m. – to dobry wstęp do przygotowania się na dalsze eksplorowanie Atacamy i czas na aklimatyzację oraz uniknięcie choroby wysokościowej. Zwłaszcza jeżeli planuje się wycieczkę do El Tatio ze słynnymi gejzerami, które jest położone na wysokości 4500 m. Dwa dni na tej wysokości pozwoliły nam później uniknąć problemów z chorobą wysokościową.

Pustynia Atacama to najbardziej suche miejsce na Ziemi, jest otoczona przez masywy Kordyliery Zachodniej I Kordyliery Nadbrzeżnej. Długość Atacama 450 km, a szerokość to 100 km – to …… najsuchsza pustynia na świecie.

Logujemy się na 4 dni w Atacama Loft – to rodzaj glampingu, dostajemy piękny, płócienny, duży namiot, jest basen, infrastruktura sanitarna i śniadania własnoręcznie przyrządzane z codziennie dostarczanych produktów na naszą półkę w lodówce.

I co ważne – z widokiem na wulkan Lincancàbur czyli jeden z najwyższych wygasłych wulkanów w Andach (5916 m n.p.m.).

Miasteczko jest urocze, czujemy się jak w westernie kręconym na granicy z Meksykiem – wszędzie domki z wysuszonej w słońcu gliny, palące słońce, kolorowe ozdoby, śpiące w cieniu nielicznych drzew psy i guachos na koniach. Psy to osobny temat, jest ich tutaj mnóstwo, a podobno miejscowi czasami żartują, że nazwa miateczka to San Perro (Święty Pies), a nie San Pedro. Centralny punkt miasteczka stanowi malutki placyk, z ogromnym chlebowcem i XVII wiecznym kościółkiem, który został zbudowany z typowej dla tego miasteczka wysuszonej w słońcu cegły i drzewa kaktusowego.

Już droga z Calamy wskazywała nam, że tutaj będzie kosmiczne – rozciągająca się po horyzont pustynia, piaskowe góry, zmieniające się ukształtowanie krajobrazu tworzą klimat niczym z filmu science-fiction.

Po szybkim lunchu jedziemy zdobywać Atacamę – na pierwsze danie serwujemy sobie Salar de Atacama, które sięga daleko, aż po linie wygasłych wulkanów.

Mamy do wyboru dwie Laguny: Cejar i Tabinquiche. Po reasearchu decydujemy się na tę drugą, która jest większa, a przed nią są dwa oczka wodne Ojar del Salar, gdzie można zażyć orzeźwiającej kąpieli.

Laguna Cejar jest mniejsza, ale za to można się w niej wykąpać, w Tabinquiche tylko co najwyżej pobrodzić, ale jej wielkość oraz niesamowite koloryty jakie tworzą soleniska rekompensują nam kąpiel.

Wejście do Laguny Tabunquiche to koszt 2500 pesos.

Chcieliśmy także zobaczyć Lago Chaxa, ale niestety była zamknięta dla zwiedzających do 1.marca. Szkoda, bo to miejsce gdzie nie tylko można podziwiać solenizantka, ale także brodzące w nich flamingi. Zresztą cały obszar Salar de Atacama jest częścią Reserva Nacional Los Flamencos, flamingi można spotkać także w innych częściach Atacamy, ale przy Lago Chaxa jest ich najwięcej.

Dalej kierujemy się do wioski Toconao, gdzie trafiamy w huczne obchody końca karnawału: rytualne tańce, maski, confetti, mnóstwo suchej, kolorowej farby, słowem zabawa na całego. Znajdujemy lokalna restauracje prowadząca przez mamę i jej córki, wciągamy tradycyjne chorrillana z wołowiną i zwiedzamy małą wioskę znowu czując, że przeniesiono nas w czasy Zorro 😉 Jest tutaj maleńki kościółek św. Łukasza oraz piękna, kolonialna dzwonnica, jedno drzewo i mnóstwo wałęsających się psów.

24 lutego

Dzień zaczynamy od udania się do Valle del Luna, czyli Doliny Księżycowej, która znajduje się w odległości ok 10 km od San Pedro de Atacama. I w tym przypadku nazwa pokrywa się w 100% z rzeczywistością – niezwykłe formy kamieni, przepaście, wydmy, fantazyjnie ukształtowane kamienie sprawiają, że czujemy się jak astronauci, którzy wylądowali na Księżycu. Bajeczne formy skał, zachwycają nie tylko kształtem, ale i kolorami. Warto tu odwiedzić pomnik Trzech Marii – z których zostały tylko dwie i trochę trzeciej, bo kilka lat temu pewien turysta postanowił się wspiąć na jedna z ich i po prostu ja zniszczył. To też jedna z przyczyn, dlaczego w dolinie obowiązują wyznaczone trasy po których mogą poruszać się turyści. Odwiedzajac Valley de Luna trzeba także udać się krótką trasą w stronę największej tutaj wydmy – Duna Higher oraz zobaczyć tutejszy amfiteatr. Gra kolorów, faktur i struktur robią niezapomniane wrażenie. Warto jest także zobaczyć Dolinę z jednego z punktów widokowych, do których łatwo się dostać z wyznaczonej trasy. Za wejście do Doliny Księżycowej zapłaciliśmy 2500 pesos za osobę – Tosia jak zwykle bezpłatnie 🙂

Zaraz po drugiej stronie drogi do Calamy znajduje się kolejna kosmiczna dolina – Valle del Muerte, którą wszyscy nazywają Doliną Śmierci, choć jej prawidłowa nazwa to Dolina Marsa (del Marte).

Tutaj jest nieco swobodniej niż w Dolinie Księżycowej, zdecydowanie jest więcej miejsc do samodzielnego poruszania się. Krajobrazy są równie kosmicznie, tak na pewno wygląda Mars – można puścić wodze wyobraźni i poczuć się jak na innej planecie. Ale też można skorzystać z bardziej przyziemnych przyjemności, czyli zjechać z jednej z wydm na snowboardzie lub na pupie 😉 Wejście kosztuje 3000 pesos od osoby.

I wreszcie trzeba poczekać na wieczór – my wróciliśmy o 19.30 do Doliny Księżycowej (punkt obserwacyjny Stone of Coyote), gdzie przeżyliśmy najpiękniejszy zachód słońca w naszym życiu. Tego nie da się opisać, to trzeba przeżyć.

25 lutego

Zaczynamy dzień o 5.30, by osiągnąć dzisiejszy cel czyli słynne gejzery w El Tatio. Trzeba tam być ok 6.45, kiedy zaczyna się spektakl wybuchów gorącej wody. Jedziemy szutrową drogą, wyposażeni w śniadanie, herbatę – mata coca oraz ciepłe ubrania, jest nieprawdopodobnie ciemno, od czasu do czasu mijają nas busy wypełnione turystami ciągnącymi w tę samą stronę. I zonk – łapiemy kapcia na kompletnie dzikiej drodze, gdzie wokół nie ma nic. Po szybkim reserachu jak to działa w tutejszych terenówkach, równie szybka akcja zmiany koła – Maciej jak supermen ratuje swoje damy z opresji i ruszamy dalej.

Mamy delikatny poślizg, ale po zakupie biletów (10.000 pesos od osoby, w tym kąpiel w basenie termalnym), jedziemy w stronę gejzerów, jest ciemno, wokół pełno pary i wreszcie naszym oczom ukazuje niezłe zjawisko – przy akompaniamencie bardzo charakterystycznego bulgotania z zamarzniętej ziemi wysoko wyskakują kolumny pary. Jest zjawiskowo. Część z gejzerów przypomina małe baseny z gorącą tryskającą wodą, cześć zaś to mini wulkany. Do tego mają cudowne, zmieniające się barwy od brązowych, poprzez żółte i turkusowe. Cały spektakl trwa do godziny 10 i tak jest każdego dnia. Maciej skorzystał z kąpieli w basenie z gorącą wodą, która podobno okazała się nie taka gorąca jak się spodziewał i dlatego trwała ok 5 min😉

Nie możemy się nadziwić tym widokiem, wraz z każdą minutą naszym oczom ukazują się kolejne przepiękne krajobrazy – pasmo wulkanów, szeroka pustynia z gdzieniegdzie pojawiającą się roślinnością i dumnie przechadzające się lamy.

Warto zaznaczyć dwie istotne kwestie. Pierwszą, że El Tatio jest położone na wysokości 4500 m i choroba wysokościowa może być tu mocno odczuwalna. Dlatego warto wcześniej spędzić przynajmniej dwa dni w okolicy San Pedro (2500), aby dobrze się zaaklimatyzować. I koniecznie trzeba się wyposażyć albo liście coki albo najlepiej herbatę z coki – mata coka. Picie herbaty zdecydowanie łagodzi lub zapobiega objawom choroby wysokościowej. Bez obaw – liście coki i produkty przetworzone z nich są całkowicie bezpieczne i legalne w Chile. Druga kwestia to temperatura – ranek nad gejzerami jest bardzo zimny, temperatura bywa minusowa, więc koniecznie trzeba się wyposażyć w ciepłe ubrania i czapkę.

Jedziemy w kierunku San Pedro de Atacama, po drodze zatrzymując się jeszcze w wiosce Machuca, gdzie można zobaczyć maleńki kościółek oraz zjeść szaszłyki z lamy. Jest przepięknie – wokół pustynia, brązowe skały, miejscami bardzo intensywna zieleń, przechadzające się koło drogi lamy, wigony oraz flamingi.

Warto też odwiedzić wąwóz Gautin, który jest położony ok 40 km od San Pedro. To kilkumetrowy jar, z płynącą w dole rzeką i licznymi kaktusami, które mierzą nawet po kilka metrów.

Ten dzień pełen emocji dopełnia jeszcze jazda konna Ani wokół San Pedro, z przewodnikiem z Wyspy Wielkanocnej, który opowiada wiele historii o naturze Atacamy.

26 lutego

To już niestety dzień pożegnania z Atacamą. Bardzo nie chcemy stąd wyjeżdżać i chyba to instynktownie przewidzieliśmy, bo lot do Santiago mamy dopiero wieczorem. Kierujemy się w stronę Calamy, po drodze jeszcze skręcając w stronę Valle de Arocoiris, gdzie naszym oczom ukazuje się fantastyczny kanion, z głębokimi przepaściami i kaktusami. Kierujemy się w stronę miejscowości Rio Grande, która znajduje się na końcu drogi, gdzie ciagle trwa karnawał, a ludzie są w lekkim transie spowodowanym rzuciem coki i zabawą. Rio Grande to wioska licząca ok 100 osób, w której można zobaczyć malowniczy kościółek i tradycyjne domki. Taka osada na końcu świata. Warto także odwiedzić po drodze Petroglyps, gdzie znajdują się wyryte na skałach rysunki różnych zwierząt sprzed …. lat.

W drodze do Calamy postanawiamy odwiesić miasteczko Chuquicamata, gdzie jest największa kopalnia odkrywkowa rudy miedzi. Kiedyś było to zamknięte miasto, dostępne jedynie dla górników, dzisiaj jest tylko kopalnia, a górnicy mieszkają w Calamie.

Dobre adresy:

27.lutego

Koniec przygody – wylatujemy z Santiago do Sao Paulo, gdzie mamy samolot do Barcelony, a stamtąd do Warszawy.

Podobno jest tak, że jak pojedziesz do Ameryki Południowej, to już zawsze będziesz chciał tam wracać. I my to potwierdzamy – na pewno nie żegnamy się na długo….

Co dobrego zjeść w Chile i Argentynie?

Dla nas podróże to nie tylko poznawanie natury, ludzi, ale także przygoda kulinarna. Zawsze jesteśmy otwarci na miejscowe smaki i tradycyjne potrawy. Dlatego staramy się szukać miejsc jak najmniej turystycznych, najlepiej tych, które wybierają lokalesi.

Chile i Argentyna to nie są kraje dla wegan, króluje tutaj mięso, szczególnie wołowina i jagnięcina. Na wybrzeżu także ryby i owoce morza. Warzywa pojawiają się rzadko, najczęściej w formie ensaladas, w których dominuje pomidor i ogórek. Śniadania są raczej z przewagą słodkich przekąsek – ciast i ciasteczek, dżemów i duce del leche – czyli kremu ze skondensowanego mleka, z dodatkiem jajecznicy, paru plasterków pomidora i owoców. Natomiast Chile to kraj stojący truskawką i ich sok truskawkowy był ulubionym napojem Tosi.

Nasze TOP potrawy wyprawy 😉:

  1. Argentyńskie churrasco – to grillowana jagnięcina lub wołowina, często nad ogniskiem w postaci całych połówek jagniąt. Poezja smaku – idealne wysmażenie, niebiański smak, genialne w swej prostocie. Dla tej argentyńskiej jagnięciny i wołowiny wrócimy do Argentyny.
  2. Ceviche – czyli marynowany tatar z ryb (najczęściej łosoś lub lokalna ryba – congrio) albo owoców morza, z dodatkiem papryki i czerwonej cebuli. Najlepsze jedliśmy na targu rybnym w Punta Arenas. Uwaga – można wpaść w uzależnienie.
  3. Chilijskie churrasco – to z kolei kanapka z mięsem (wołowina lub jagnięcina) z awokado (palta), pomidorami, majonezem, ostra papryką, czasami także z kapustą kiszoną (wpływy niemieckie). Można też spotkać odmianę wieprzową czyli lomito.
  4. Cazuela – rosół, po prostu rosół, ale w chilijskiej odmianie – bez makaronu, ale za to z mięsem, ziemniakami, kukurydza, czasami też z ryżem. Zasada jest taka, że najpierw się wypija rosół, a potem na dodatkowym talerzu pałaszuje się kolejne dodatki.
  5. Chorrillana – nie jest to wyszukana potrawa, ale w sumie smakuje nawet dobrze. Jest prosto: frytki, smażona cebula, wołowina lub jagnięcina i na to jajka sadzone. Bomba kaloryczna, ale po wspinaczkach górskich lub długich spacerach na południu Chile w sam raz jako uzupełnienie energii.
  6. Sopailillas lub empanadas – pierogi, z charakterystycznymi dziurkami od widelca, tylko że smażone – w zależności od regionu: z mięsem, jajkiem, krabem lub fasolą. Zdecydowanie street food chilijski i argentyński.
  7. Machas de parmezana – czyli małże zapiekane z parmezanem lub serem matecoso, świetne jako przystawka, nigdy nie jedliśmy małży w takiej formie.
  8. Duce del leche – długogotowany krem ze skondensowanego mleka, w wersji chilijskiej zwany ….. Doskonały do naleśników, tortów, kultowy w tym regionie.
  9. Completo Italiano – kompletne zaskoczenie i kolejny chilijski street food. Otóż jest to rodzaj hot doga z nieprawdopodobną ilością awokado, pomidorów i majonezu. Parówka równie obrzydliwa jak w każdym kraju na świecie, ale trzeba tego spróbować. Może nawet ze dwa razy 😉
  10. Mote – największa kulinarna zagadka tego wyjazdu. Trochę ice tea, trochę deser. Jest słodkie, pyszne, złożone z zimnej herbaty, cukru, śliwek i preparowanego ryżu. Sprzedawane na ulicy, z małych wózeczków.
  11. Pisco Sour – kultowy drink Chile, czyli pisco brandy, limonka, cukier i kostki lodu. Nie dajcie się zwieść jego słodkości, ma tajemniczą moc ścinania z nóg….

I jest jeszcze dwie pozycje poza podium. Po pierwsze chilijskie i argentyńskie wina. Nie piliśmy złego, są głębokie w smaku i kolorze, szczególnie malbeck, merlot i cabernet savignon. Po drugie – chilijskie pieczywo, w szczególności bułki – sprzedawane na wagę, albo w postaci okrągłych bułeczek, albo płaskich placuszków z dziurkami od widelca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social profiles
Close