6 lutego

Zaczynamy! 28 godzin podróży z Wrocławia – chilijskie linia LATAM okazały się bardzo dobre, komfortowe i wystawiamy im piec gwiazdek za jedzenie – najlepsze jakie dotąd mieliśmy podczas długich lotów. Już jest inaczej – załoga rozumie język angielski, ale odpowiada po hiszpańsku 😉

7 lutego

O 9 jesteśmy w Santiago de Chile, które od razu nas ujmuje swoim klimatem, czystością i bliżej nieokreślonym luzem. Wszyscy są bardzo mili i pomocni. Miasto ma zdecydowanie kolonialny klimat i architekturę, trochę artystycznego sznytu i jest niesamowicie uporządkowane i czyste. Taka południowo amerykańska Barcelona 🙂 Warto odwiedzić takie miejsca jak Paris-Londeres i Bellavista – piękna architektura, mnóstwo małych restauracji i kawiarni.

I nie można nie zjeść na Mercado Central, czyli centralnym targu stolicy Chile. Owoce morza i doskonale wino. To jeden z 10 najlepszych targów na świecie według National Geographic.

Zatrzymujemy się w hotelu Almacruz, który może nie grzeszy nowoczesnością i modernistycznym wyglądem, ale ma obłędne śniadania. I basen, co jest istotnym argumentem jego wyboru po ponad 20 godzinnej podróży z dzieckiem.

Wino to osobny temat, każde nas zachwyca, ale nie wiadomo czy dlatego, że jesteśmy szczęśliwi będąc w tym miejscu, czy dlatego, że jest tak wyśmienite 😉 No i Pisco de Sour – kto nie spróbuje go w Chile, ten trąba 😉

Ten dzień zakończył się pewnym do dzisiaj niewyjaśnionym zjawiskiem, ale to musi pozostać tajemnicą….

Dobre adresy:

The Top 10 Things To See And Do In Barrio Bellavista, Chile

Mercado Central de Santiago | Monumento Histórico Nacional

Santiago Turismo | Barrio París Londres

8 lutego

Rano przylecieliśmy do Puerto Montt, stąd krótka przejażdżka busem do Puerto Varas i wypożyczenie samochodu w WickedSouthAmerica. Obsługiwał nas Diego, który był bardzo miły, pomocny i nawet za free pożyczył nam fotelik dla Tosi.

Samochód pamięta wczesne lata 90., ale jest tak jak chcieliśmy – hippisowsko i z przygodą. Puerto Varas jest śliczne, wyjątkowe, siedzisz w restauracji i widzisz krystaliczne jezioro nad którym góruje wulkan Calbuco, który ostatnią erupcję miał w 1996 r. Czasami dymi, co czyni pobyt tutaj jeszcze bardziej ekscytującym.

Mając dużo czasu, pojeździliśmy trochę po okolicy i trafiliśmy na piękne i urokliwe miejsce Cafe Cabanas Lahuel, gdzie mają obłędną kawę, tort z truskawkami (a jak wiadomo Chile truskawką stoi) i własnej roboty konfitury. Na śniadanie na plaży w sam raz 🙂

Noc spędziliśmy w samochodzie na promie, nie było źle, może odrobinę chłodni, ale po pierwsze, to oszczędność czasu – jeden dzień do przodu, a po drugie, nasz wyjazd to przygoda, a nie wakacje all inclusive. Patagonio – nadchodzimy 🙂

Dobre adresy:

Cabañas Lahuel – Cabañas en Puerto Varas

9 lutego

Budzimy się rano (nawet wyspani), w naszym kamperze na promie, przed nami obłędny widok na piękne ośnieżone góry Andy. Wyjeżdżamy w miejscowości Chaiten, która została kompletnie zniszczona przez wulkan w 2008 r. Powitaliśmy Patagonię fantastycznym śniadaniem na plaży Santo Barbara. Dalej jedziemy Carretera Austral (lub jak ktoś woli Ruta 7) na południe, mniej więcej co 10 kilometrów wykrzykując ochy i achy na widok gór, jezior i już czujemy, że to nasze miejsce na ziemi. Padają deklaracje o porzuceniu Azji i Europy na rzecz Ameryki Południowej. Afryka wciąż w targecie 😉 Jesteśmy jeszcze w regionie Lagos Los, czyli chilijskim odpowiedniku naszej Warmii i Mazur, tyle że dodatkowo wzbogaconym pięknymi górami i lodowcami. Prawie robi gigantyczną różnicę. Lagos Los urzeka nas czystością powietrza i swoistym „niezepsuciem”. Jak to możliwe, żemieszkając tutaj tak długo, Chilijczycy potrafili uszanować naturę, jej odrębność i potęgę. Czujemy szacunek do przyrody i głęboki ukłon w jej stronę. I wciąż żywa historia Mapuczów – rdzennych mieszkańców Chile – nadaje temu miejscu specyficzny klimat. Po drodze dostrzegamy drogowskaz na hotel Yelcho en la Patagonia, zjeżdżamy 100 metrów w lewo i widzimy piękny, klimatyczny pensjonat z widokiem na jezioro Yelcho. Kolejne zaskoczenie to obiad tym miejscu – niepozorne miejsce z wyszukaną kuchnią. Tosia wynalazła też coś dla siebie – piękną ręcznie robioną maskotkę-owcę o imieniu Maja 😉

Jedziemy uparcie dalej na południe Ruta 7 naiwnie wierząc, że w wiosce rybackiej Puyuhuapi znajdziemy czarowny pensjonat albo kemping z widokiem na ocean – nic bardziej mylnego – miejsce jest tłumnie oblegane przez backpackers, ale najlepsze domki i kempingi są zajęte lub kosztują miliony monet – 1300 pln za noc (sic!). O co tańsze to blacha nad głową. Note bene miejscowość założyło czterech sudeckich Niemców, czyli jak by po kądzieli lub po mieczu z nami przyszywanymi wrocławianami 😉

Ale nie poddajemy się, bo wystarczy przyjechać 15 km i spotykamy kemping Las Toninas nad samym oceanem, z widokiem na Wyspę św. Magdaleny, mamy ciepła wodę, prysznic, dobre chilijskie wino i towarzystwo ludzi tak samo zachwyconych Patagonia jak jak my i tak samo poszukujących sensu podróży w naturze i zachwycie dziewiczym nad jej potęgą. I to wszystko za 10.00 pesos, czyli jakie 50 pln za wszystkich. Patagonio trwaj…

Dobre adresy:

Turismo Chaiten

Yelcho en la Patagonia – Hotel, Cabañas y Camping sobre el Lago Yelcho.

Puyuhuapi | Chile Travel

Camping Las Toninas – Strona główna

10 lutego

Dzień zaczynamy od wizyty w urokliwym parku Queulat, gdzie można dość do malutkiego jeziorka, z którego widać język lodowca……. Wstęp do parku to koszt ok 8.000 pesos. Dalej kontynuujemy podróż Carretera Austral, mając za cel miasto Coyhaique, które jest największym miastem regionu Patagonia Aisen. Po drodze zatrzymujemy się w Villa Manihuales. Ta wioska to nasze wybawienie, mieliśmy paliwa co kot napłakał, a stacji benzynowej przez 150 km nie spotykaliśmy żadnej. Trafiamy do restauracji El Encuentro serwującej tylko trzy potrawy: cazuelę, churrasco z wołowiną lub łososiem. Bierzemy wszystko i jest znakomicie, domowe i bardzo smacznie. I jedna ważna ważna, godna powtarzana bez przerwy – ludzie tutaj są niezwykle sympatyczni i pomocni. Gdyby nie pomoc chilijskiej rodziny z Santiago, chyba nic byśmy dzisiaj nic nie zjedli 😉 Angielski nie istnieje, Spanish rules 😉 O potrawach i winie napiszemy na końcu, bo ta wyprawa to nie tylko doświadczenie natury i przygody, ale też kuchni i trunków chilijskich. I kolejna bardzo ważna kwestia – Chile to niezwykle czysty kraj, nie ma tutaj śmieci, brudu i walającego się wszędzie plastiku, tak charakterystycznych dla Azji czy Afryki.

A propos drogi – ochów i achów ciąg dalszy i całkowite zaskoczenie to długie kilometry szutrowej drogi, samochód z przeciwka mija nas z częstotliwością co 20 minut. Ale cały czas trwają roboty drogowe, więc za kilka lat pewnie wszystko będzie wyasfaltowane. Szkoda, bo wtedy pojawią się hotele, pensjonaty, przybędzie turystów i Patagonia może stracić swój nieodparty urok dzikości.

Dzisiaj decydujemy się na nocleg w namiotach z łazienką pod Coyhaique, z widokiem na piękne góry. Jest dziko i trochę kosmicznie.

Samo Coyhaique nas trochę rozczarowuje, nie ma klimatu, jest bardzo turystyczne i po prostu brzydkie.

Dobre adresy:

Queulat National Park

www.patagoniadomos.com

El Encuentro – Posty

11 lutego

Jedziemy dalej na południe – droga jest wyjątkowo trudna, zero asfaltu, prawdziwy off road przez 180 km. Zmęczeni docieramy do miasteczka Puerto Rio Tranquilo nad największym jeziorem w Chile i drugim największym jeziorem w Ameryce Pld. – Lagos General Carrera (1850 km kw powierzchni i i 590 m głębokości). Dla porównania nasze Śniardwy mają 113 km kw powierzchni i 23 m głębokości… Jeśli uda Wam się spojrzeć na mapę Polski, to mniej więcej jej połowa. Najpierw zasłużony obiad i świetne piwo w Restaurant Pia, a potem jedziemy na kemping Pudu i to, że jest tam ciepła woda i prysznic nie zmienia faktu, że jest to „dzikus”, nad samym brzegiem jeziora, z górami na wyciągnięcie ręki. Wieje, pada drobny deszcz i jest trochę zimno – ale tak pod klimat czytania książek, picia czerwonego wina i długiego, wiele znaczącego milczenia. Czekamy na jutro….

Dobre adresy:

Restaurante Turistico Pia – Strona główna

Vuelta al lago General Carrera desde Chile Chico

AREA DE CAMPING PUDU PUERTO RIO TRANQUILO – Strona główna

12 lutego

Dzień zaczynamy od śniadania nad Lagos General Carrera i za chwilę ruszamy na rejs z firmą Andes Austral, aby zobaczyć prawdziwy cud natury – marmurowe jaskinie,nad którymi krążą kondory. Prawdziwy odlot kolorów, faktur i żłobień. Natchnienie dla artystów i zachwyt dla turystów. Dalej jedziemy Carretera Austral, ale odbijamy w kierunku Chile Chicco w kierunku granicy z Argentyną. Cały czas po lewej stronie mamy jezioro, otoczone wciąż zmieniającymi się krajobrazami z turkusową wodą, majestatycznymi górami, raz zielonymi od drzew, raz przerażającymi kosmicznym wyglądem. Przepaście, granie, uskoki, kaniony – wszystko o czym marzyliśmy i czego chcieliśmy. I oczywiście po drodze własnoręcznie przygotowany obiad, może nie wyszukany, ale za to z jakim widokiem🙂 W Chile Chicco nie ma zbyt wielkiego wyboru co do miejsca noclegowego, ale znajdujemy kemping Kon- Aiken Turismo. Nie mamy już tak pięknych widoków i takiej intymności jak Puerto Rio Tranquilo, ale za to towarzystwo backpackersow i wciąż unoszący się zapach trawy….😉

Ważna rzecz dla podróżujących z dziećmi, w każdym mieście, miasteczku czy najmniejszej osadzie jest plac zabaw – Chilijczycy kochają dzieci i my ich kochamy za to🙂 Wprawdzie nie w każdej restauracji jest menu dla dzieci, co dla nas nie jest problemem, bo Tosia od kurczaka w panierce i frytek, woli półkrwistą wołowinę i krewetki. Ale zawsze można zamówić pół porcji dla dziecka.

Argentyno – przybywamy🙂

Dobre adresy:

Kon Aiken Turismo – Patagonia chilena

13 lutego

Z drżeniem serca przekraczamy granicę z Argentyną, bo trzeba dodać, że w tzw.międzyczasie, wylał nam się syrop Tośki na wszystkie dokumenty samochodu…. Oczywiście odbyła się akcja szybkiego suszenia i większość informacji była widoczna, No może nieco rozmazana…. Poziom stresu był już przynajmniej na poziomie medium. Na szczęście główny dokument, pozwalający na wjazd naszym camprem do Argentyny był cały.

O to było kluczowe – nikt nie spojrzał na resztę dokumentów, nikt też nie sprawdzał naszego samochodu. Wiedzieliśmy, że do Argentyny nie można wwozić owoców, warzyw, miodu i nabiału, więc wszystkie zapasy porozdawaliśmy dzień wcześniej na kempingu. A tu taka niespodzianka, które nota bene zgubiła nas później…

Po przekroczeniu granicy, pierwszy stop mieliśmy na stacji benzynowej i pierwsze spotkanie z wołowiną argentyńską w malutkiej knajpce przy stacji. Absolutny odlot: steki, sosy, sałatka i dziewicze spotkanie z malbeckiem.

Po takim posiłku Argentyna wita nas niezamierzonymi pampami, z guanaco i strusiami co 5 km. Zupełna odmiana, krajobrazy są tak inne od górzystych i zielonych krajobrazów Chile i Carretera Austral.

Zmierzamy do El Chalten, z którego chcemy dotrzeć pod słynny szczyt Fitz Roy…..

W El Chalten zatrzymujemy się w malutkim pensjonacie Hosteria Lago Viedma, z przemiłą Panią właścicielką. Jest niezwykle miła i pomocna, pokazuje nam jak najlepiej z dzieckiem dotrzeć trekkingiem do Friz Roya i poleca nam restaurację La Tapera.

Oczywiście korzystamy z rekomendacji i kolejny argentyński odlot za jedyne 200 pln. Jagnięcia, wołowina i mini stek dla Tosi. Odpływamy…

Dobre adresy:

El Chaltén, Capital argentina del trekking. Un paraíso de montaña en la Patagonia.

HOSTERIA LAGO VIEDMA EL CHALTÉN 2 ★

La Tapera, El Chalten, Argentina

14 lutego

Dzień Zakochanych zaczynamy trekkingiem do Fitz Roy. Jakieś 1,5 h spaceru w górach z pięknymi krajobrazami, w kierunku Lago Capri i wreszcie majestatyczny Friz Roy odsłania przed nami swoje piękno. Potem szybki lunch w miasteczku (niestety La Tapera otwierają dopiero o 18…) i obieramy kurs na El Calafate.

El Calafate wita nas piękną, słoneczną pogodą i argentyńskimi rytmami tango. Hotel w którym się zatrzymaliśmy niestety nie był najlepszy, coś w stylu polskiej Gromady, więc spuszczamy na niego zasłonę milczenia.

Na dzisiaj są dwa cele: znaleźć świetną restaurację z argentyńskim grillem i zarezerwować na jutro rejs na lodowce w parku Los Glaciares. Pierwsze okazuje się łatwiejsze od drugiego, ale po kolei. Odwiedziliśmy lokalne biura podróży – okazało się, że tak z dnia na dzień nie jest łatwo coś zarezerwować – są tylko krótkie rejsy pod Perito Moreno, ale przecież nie o to nam chodziło. Ale w końcu udaje się – mamy rejs na dwa lodowce z firmą Solo Patagonia. Perito Moreno odwiedzimy samochodem.

Dzień kończymy prawdziwą argentyńska uczta w La Tablita. Chwilo trwaj!!!

W drodze powrotnej spotykamy dwójkę Argentyńczyków, którzy zbierają na podróż na Alaskę swoim camperem, sprzedając własnoręcznie robione kubki do yerba mate. Oczywiście kujemy od nich kubek i trzymamy mocno kciuki za zrealizowanie ich celu.

Dobre adresy:

Secretaría de Turismo de El Calafate

Solo Patagonia – Concesionario Parque Nacional Los Glaciares

Restaurante Parrilla – La Tablita – El Calafate, Patagonia argentina

15 lutego

Dzień zaczynamy o rejsu na lodowce: Upsala Glacier (największy lodowiec tego regionu) oraz Spegazzini Glacier (ten jest z kolei najwyższy – ok. 130 m), krążymy miedzy lodowcami, ich odłamkami, podziwiamy i nie możemy uwierzyć, że jesteśmy tak blisko, tak bezkresnej potęgi natury.

Zdjęcia niech oddadzą wszystko….

Po rejsie odwiedzamy jeszcze Perito Moreno, jedyny lodowiec, który codziennie się odbudowuje.

Każdy z lodowców był niezwykły i każdy nas powalił na kolana swym pięknem.

Po rejsie decydujemy, że jednak zostajemy jeszcze jeden dzień w El Calafate i rozpoczynamy poszukiwanie noclegu.

I zupełnym przypadkiem odnajdujemy hotel Blanco Patagonia – tanio nie jest, ale za to z klimatem, pięknym widokiem na pola lawendowe i góry oraz upragnionym przez naszą Tosię jacuzzi. Trochę luksusu w dobrym tonie nie zaszkodzi.

Ale wiadomo, ze dzień w Argentynie bez do dobrej kolacji, to dzień stracony, więc następna restaurują godna polecenia kłania się Państwu – Isabel, która nam serwuje świetną wołowinę i jagnięcinę, wybór win z własnej piwniczki i osobną salę zabaw dla dzieci z monitoringiem dla rodziców siedzących przy stoliku.

Dobre adresy:

Isabel

Blanca Patagonia, Hostería Boutique y Cabaña, El Calafate, Patagonia Argentina

16 lutego

Ruszamy dalej w kierunki Torres del Paine, uprzednio robiąc duże zakupy. Przekraczamy granicę z Chile wyluzowani, w pełni przekonani, że skoro w Argentynie nikt nas nie sprawdzał, to co dopiero w Chile… I tu popełniliśmy gigantyczny błąd – niestety celnicy byli bardzo skrupulatni i dokładnie sprawdzili nasze auto. i

Zabrali nam wszystkie warzywa i owoce: soczyste pomidory, dojrzałe awokado i furę bananów i jabłek. Tośka ostatniego banana na siłę zjadła pod czujnym okiem celniczki.

Jak prawdziwi stoicy, mówimy sobie VIS MAIOR i zmierzamy ku Torres del Paine w oczekiwaniu, że zaraz jakiś sklepik, restauracyjka itp. A tym czasem nic, oprócz przepięknych widoków gór i jezior…

W końcu docieramy do parku, kupujemy wejściówkę na trzy dni, za 25 000 pesos za dwie osoby i zaczynamy poszukiwanie noclegu. Na pierwszy rzut bierzemy hotel Las Torres.

I tu zabija nas cena 580 $ za pokój… Przemiły recepcjonista kieruje nas do Refugio Camping. Decydujemy się tutaj zostać, bo w samochodzie raczej spać się nie da, jest jakieś 5 stopni na dworze. I to nie jest bynajmniej osobny pokój z łazienką, ale wspólny pokój koedukacyjny, z piętrowym łóżkiem, wspólną łazienka, z towarzystwem bardzo sympatycznych Brytyjczyków. I to wszystko za cenę 617 pln…

Ceny są zabójcze za wszystko- od piwa po pizzę za 100 pln, czujemy się jak w Norwegii. I tak jest niestety w całym parku, bardzo mało miejsc noclegowych, ceny jak z kosmosu, praktycznie żadnych sklepów. Jest środek lata, wieczorem przeraźliwie zimno, więc spanie w samochodzie z dzieckiem w naszym przypadku odpada.

Dosyć szybko idziemy spać, bo jutro czeka nas 8 godzinny trekking z Tosią na Torres del Paine.

Dobre adresy:

:…Parque Nacional Torres del Paine…:

17 lutego

O 8.30 jesteśmy gotowi do drogi i ruszamy. Czeka nas conajmniej 4 godziny marszu do Trzech Wieży. Aby dotrzeć jak najszybciej, decydujemy się, aby Tosię nieść na ramionach, na zmianę, a ona obiecuje, że zejdzie już o własnych siłach.

Droga jest niezwykle trudna, same podejścia do góry, po kamiennych ścieżkach. Widoki obłędne, po 1,5 godzinie robimy przerwę w schronisku (Chileno Lodge).

Ruszamy dalej przez piękny las i po godzinie okazuje się, że są takie głazy i kamienne podejścia, że nie jesteśmy w stanie już nieść Tosi. I tu nasza córka okazuje się prawdziwą fajterką – rusza sama po głazach, gołoborzach pod górę – wieje, trasa jest ekstremalnie trudna, to już nie jest trekking, a wspinaczka, a ona daje radę z naszą niewielką pomocą. Docieramy pod Torres i już wiemy, dlaczego wszystkich tak tu ciągnie. Mistyczne przeżycie. Tosia zbiera brawa od turystów – jest jedynym dzieciakiem, które tutaj dotarło, przy tak nierozpieszczającej pogodzie. Torres, jak na zamówienie, odsłaniają swoje piękno przed nami.

Powrót też nie jest łatwy, patagońskie wiatry dają nam się mocno we znaki, ale Tosia nic sobie z tego nie robi i dzielnie maszeruje w dół. Prawdziwa power girl.

Po tak wymagającym trekkingu, niezwykle szczęśliwi, ale bardzo zmęczeni, jedziemy 25 km i dopieramy do kempingu Pehoe – piękny krajobraz turkusowego i jeziora i super fajne namiociki – nazywane tutaj – DOMO🙂 Decydujemy się na wynajęcie jednego z nich – wprawdzie za 500 pln, ale za to ze śniadaniem i ciepłymi łóżkami.

Jutro ciąg dalszy eksplorowania Torres, a teraz tylko Malbec i oczy wpatrzone w krajobraz gór i jeziora. Torres del Paine, nie tylko urzeka, ale wręcz uwodzi i powoduje totalny stan zakochania. Deszcz miarowo uderza w dach naszego kosmicznego namiotu, a my wciąż nienasyceni Patagonią szukamy nowych miejsc do odwiedzenia.

Dobre adresy:

Camping Pehoé | Parque Torres del Paine | Chile

18 lutego

Budzimy się rano w totalnym deszczu – jest przeraźliwie zimno i mokro, całe piękno Torres del Paine skryło się za ścianą deszczu. Po skromnym śniadaniu na kempingu, jedziemy poznać inne miejsca Parku, w nadziei na odrobinę słońca. I udaje się, niebo trochę się rozchmurzyło, wpadają promyki słońca i mamy okazję podziwiać piękno Lago Pehoe i otaczających go gór. Kierujemy się w stronę Lago Grey i decydujemy się krótki, ale bardzo wietrzny spacer jego brzegiem, koło ekskluzywnego hotelu o tej samej nazwie. Hotel ma piękną restaurację, z widokiem na jezioro i lodowiec, kawa smakuje tam dwa razy bardziej.

Park Torres del Paine zachwyca krajobrazami, fauną i florą, zdecydowanie trzeba tu przyjechać na dłużej i pójść na 5.dniowy trekking wokół parku. My niestety nie mamy na to czasu, a przede wszystkim możliwości będąc z Tosią, więc po kilkugodzinnym „objeździe” decydujemy się ruszyć dalej – do Puerto Natales.

I to była bardzo dobra decyzja – miasteczko jest bardzo klimatyczne, to zresztą punkt wypadowy dla turystów do Torres del Paine, oddalonego jakieś 90 km od parku.

Miasteczko przypomina nam miejscowość Cicely z kultowego w naszych czasach młodości serialu „Przystanek Alaska”. Jest, jak to w regionie Magellanos wietrznie, czasami słonecznie, czasami deszczowo, ale zawsze bardzo miło i czujemy powoli, że zbliżamy się do krańca świata.

Wściekłe głodni przyjeżdżamy do miasteczka i nasz pierwszy wybór pada na restaurację El Asador Patagònico i jak się okazuje – znowu strzał w dziesiątkę. Ten region słynie z jagnięciny, więc zakładamy się wyśmienitymi stekami i comberkami, przepijając to miejscową reservą.

Czas na odpoczynek i relaks w hotelu – ze względu na warunki pogodowe kemping i nocleg w samochodzie odpada. I tu z pomocą przychodzi nam Booking.com w sekretnej ofercie proponując nam Vinnhaus Hotel. To niezwykle miejsce – wchodzisz i nagle przenosisz się w inne czasy, eleganckiej dekadencji, cygar i Sherlocka Holmesa. Jest trochę brytyjsko, trochę jak w Berlinie lat 20 ubiegłego stulecia, ale jedno w tym magicznym świecie jest pewne – jest PERFEKCYJNIE. Od obłędnej kuchni, świetnej obsługi, do zadbanego w każdym szczególne wnętrza. Tu wszystko pasuje – właściciele David i Erkka zadbali o najdrobniejsze detale, nawet rachunek dostajesz z wytłoczonym logo hotelu, a pies ma kokardę pasującą do stylu hotelu. Osobnym tematem, równie godnym uznania, jest kuchnia. Zdecydowaliśmy się pozostać tutaj na kolację i to była prawdziwa uczta smaków. Od obłędnego gaspaccio, przez makaron frutti di mare, sałatkę z najlepszymi krewetkami ever, do zwalającego z nóg deseru w postaci tortu czekoladowego.

Ale jest jeszcze najważniejsza rzecz tego wieczoru – nasza córka rozsmakowała się krewetkach i kucharz, na specjalną prośbę przygotował jej 15 krewetek w sosie maślanym. Nie jest trudno się domyśleć, że zostało to „wciągnięte” w czasie nie dłuższym niż 5 minut… Nam zostało tylko smętne maczanie chlebka w niezwykłym maślanym sosie na wywarze z pancerzy krewetek.

Puerto Natales jest miejscem w regionie Magellanes które trzeba odwiedzić, a jeśli chcecie się poczuć jak w „Powrocie do przeszłości”, to koniecznie odwiedźcie Vinnhaus, choćby na kawę.

Dobre adresy:

VINNHAUS – Home

El asador patagonico – Strona główna

19 lutego

Po śniadaniu, z lekkim żalem opuszczamy Vinnhaus i Puerto Natales i kierujemy się drogą nr 9 w stronę Punta Arenas. Po drodze zbaczamy na chwilę w stronę Estancia Maria, gdzie można obserwować słynne chilijskie kondory. Wreszcie docieramy do Punta Arenas, które wita nas słońcem i niezwykle czystym powietrzem.

Punta Arenas jest największym miastem, najdalej wysuniętym na świecie w kierunku południowym i na pierwszy rzut oka przypomina nam San Francisco w pigułce. Ujmuje nas kolonialną architekturą i atmosferą nasączona tęsknotą i sentymentem za utraconym starym światem wierzeń i magii. Może to wpływ wiatru, może krwawej historii tego miejsca – w XIX i XX wieku bogaci właściciele estancji, w trosce o swój majątek i owce, wymordowali rdzenną ludność i zniszczyli miejscową kulturę. Niestety krew i przemoc znowu pojawiły się w tym miejscu, kiedy w listopadzie, jak w większości większych miast Chile miały miejsce protesty przeciwko obecnej władzy i prezydentowi Pineiro. Polała się krew, zginęło 23 osoby, a prezydent wysłał przeciwko protestującym wojsko. Na każdym kroku można spotkać napisy Pineira=Pinochet, witryny sklepów i hoteli są poobijane blaszanymi lub drewnianymi zabezpieczeniami, a w powietrzu i w rozmowach z mieszkańcami czuć dużą obawę przed powrotem do ciemnych czasów dyktatury wojska i Pinocheta. Skaza totalitaryzmu i braku poszanowania zasad demokracji jest, jak się okazuje, nie tylko odczuwalna w Polsce. Mamy nadzieje, że zło minie i już nic nie zmąci spokoju tego miejsca, oddalonego zaledwie o 700 km od Antarktydy. W końcu latem dzień trwa tu blisko 20 godzin 🙂

Zatrzymujemy się w hotelu Fuego (duże pokoje, świetni recepcjoniści, ale okropne śniadania), w samym centrum i od razu, orzeźwieni powietrzem miasta, udajemy się na krótką wycieczkę po mieście i porcie oraz w poszukiwaniu dobrej restauracji. Wstępujemy na mały lunch do restauracji La Cuisine, gdzie pomimo zbliżającej się siesty, dostajemy świetną lazanię i rissotto z krabem, a Toska kurczaka marzeń i deser czekoladowy. La Cusine odwiedzimy jeszcze dwa razy – kuchnia jest tutaj znakomita i jakoś nie potrafimy się oprzeć mistrzostwu szefa kuchni. Kulinarną ulicą Punta Arenas jest O’Higgings i tam należy szukać przytulnej knajpki, zależnie od upodobań i potrzeb.

Po lunchu kierujemy się stronę słynnego cmentarza Cementerio Municipal, którego przepych może ponoć być porównywalny tylko z cmentarzem w Buenos Aires. Bogate groby osadników z całego świata – od Hiszpanów, Niemców, Brytyjczyków, aż po Chorwatów, których nazwiska można często spotkać w tym mieście. Bo gdzie uciec, jak nie na koniec świata?

Dzień kończymy kolacją w hotelu La Savoy, który może lata świetności ma już za sobą, ale klimat jest jak w latach 50. na Kubie – świetne jedzenie, profesjonalni w każdym calu kelnerzy w białych smokingach – mistrzowie w swoim fachu.

A już jutro Isla la Magdalena i odwiedziny u przyjaciół pingwinów, do których łatwo się dostać rezerwując bilet na prom z Punta Arenas.

Zdecydowanie polecamy samodzielną rezerwację biletów – przez liczne tutaj biura podróży wychodzi dwa razy drożej.

Dobre adresy:

Hotel Tierra Del Fuego | Punta Arenas | Hotel WebSite

https://www.facebook.com/pages/La-Cuisine/365599023553537

HOTEL SAVOY PUNTA ARENAS | Hoteles Punta Arenas | Hotel Patagonia | Hoteles Magallanes | Punta Arenas | Chile

Cementerio Municipal de Punta Arenas Sara Braun | Consejo de Monumentos Nacionales de Chile

Www.tabsa.cl

20 lutego

Ponieważ pingwiny zaplanowaliśmy na popołudnie, mamy trochę czasu na powłóczenie się po mieście.

Zaczynamy od od wizyty w słynnym Kiosco Roca – to kultowy bar w Puenta Arenas, istniejący od 1932 r., w którym można dostać maleńkie kanapeczki z pasta z chorrizo i majonezem (choripan) podawane z…. mlekiem bananowym. Przed barem ustawiają się długie kolejki, najczęściej miejscowi kupują po kilka kanapek plus mleko na wynos – jako drugie śniadanie do pracy. Oczywiście spróbowaliśmy i jak prawdziwi Magellanes popiliśmy chorizzo mlekiem bananowym – dość dziwne połączenie, ale pyszne 🙂

Trochę odpoczęliśmy przy Plaza Muñoz Gamero, nad którym góruje pomnik Magellana, oddając się klimatowi tego miejsca. Przy placu mieści się Hotel Cabo de Hornos ze słynnym Social Club, pierwszym budynkiem zbudowanym z cegieł przez wspomniana już Sarę Braun. Niemalże naprzeciwko znajduje się Centro Cultural Braun-Menèndez, który miejscowi nazywają „El Palacio” – przepych, marmury, złocenia i takie klimaty.

Dotarliśmy także do słynnego Muzeum Salezjaznów, gdzie znajdują się szczątki słynnego leniwca z jaskini Milodón w Puerto Natales. Muzeum jest straszne, pełne wypchanych zwierząt, a historia wymordowanych Indian jest opowiedziana jako chrześcijańska misja ratowanie niewiernych przez dobrych katolików. I to panujące przekonanie, że ich wysiłki cywilizacyjne były moralnie słuszne i usprawiedliwione… Koszmarne miejsce.

Na lunch udaliśmy się na Targ Rybny przy … Można tutaj zjeść świeże ryby, czy to formie ceviche czy też z grilla lub panierowane. I oczywiście centollo – czyli słynny tutaj krab królewski. My jesteśmy absolutnymi fanami ceviche de congrio (z białej ryby). Za każdym razem było doskonałe.

Dopieramy do portu i tutaj pierwsza niespodzianka – z niedalekiej odległości od brzegu widzimy brykające delfiny 🙂

Wreszcie, po dwóch godzinach rejsu promem, stajemy oko w oko z pingwinami – z wrażenia płyną łzy po twarzy, Maciej ma ściśnięte gardło.

Są cudowne, można je zobaczyć niemalże na dotknięcie ręki! Spacer po wyspie trwa godzinę, wyznaczoną ścieżką, ale pingwiny są bardzo towarzyskie i dosyć często wychodzą poza wyznaczony obszar, żeby zapozować do zdjęcia. Na Isla Magdalena jest ich podobno ok 60 000 par

W drodze powrotnej czeka nas kolejna niespodzianka, bardzo blisko podpływają wieloryby i możemy zobaczyć jak wyłaniają się z wody z charakterystyczna fontanną.

Jesteśmy bardzo szczęśliwi, to był jeden z naszych najlepszych dni w Patagonii 🙂

Dobre adresy:

Www.kioscoroca

21-22 lutego

Przyszedł czas na dotarcie na koniec świata, a ściślej na koniec kontynentalnej Ameryki Południowej.

Jedziemy z Punta Arenas przepiękna drogą nr 9, która biegnie wzdłuż Cieśniny Magellańskiej, po drodze odwiedzamy jeden z parków etnicznych, gdzie próbuje się zachować historię Indian……

Wreszcie jest Fin de Camino – nasz koniec świata, spędzamy tu trochę czasu, gotując obiad na plaży i rozkoszując się ciszą i magią tego miejsca.

Wracamy do Punta Arenas, gdzie mamy spędzić ostatni wieczór. Jest ciepło jak na tutejszy klimat, ok 20 st, w głównym parku zaczynają się gromadzić ludzie z flagami regionu Magellanes oraz transparentami, na razie wygląda to bardzo pokojowo, trwa koncert, ale niepokoi nas gromadząca się policja wraz z jednostkami specjalnymi.

Po powrocie nasz hotel wyglada jak twierdza, recepcjonista prosi nas o schowanie samochodu na tył hotelu, ostrzega przed otwieraniem okien.

Około godziny 22 sytuacja bardzo się zmienia, trwa regularna walka z policją, z jednej strony kamienie, petardy, palenie opon, rzucanie farbą, z drugiej armatki wodne (nazywane tutaj guanaco), a potem gaz łzawiący i gumowe kule. Do późnych godzin nocnych trwają protesty i walka, w całym mieście została wyłączona elektryczność.

Rano widzimy już tylko „krajobraz po bitwie” – spalone kosze, powywracane ławki, napisy na murach i witrynach sklepowych.

Dowiadujemy się od miejscowych, że takie protesty są co piątek, a prawdopodobnie nasilą się w marcu, po powrocie studentów. Podobno to co widzieliśmy jest niczym, wobec protestów w Santiago. Walka klas trwa…

Pomimo tego, czego doświadczyliśmy w nocy, w dalszym ciągu uważamy Chile za bardzo bezpieczne. Wiedzieliśmy o protestach i w sumie trochę się ich spodziewaliśmy, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że mogą mieć one tak brutalny przebieg.

Oddajemy samochód i zmiana kierunku – lecimy do Santiago, żeby jutro wyruszyć w dalszą podróż do Calamy, a następnego dnia do San Pedro de Atacama.


Co dobrego zjeść w Chile i Argentynie?

Dla nas podróże to nie tylko poznawanie natury, ludzi, ale także przygoda kulinarna. Zawsze jesteśmy otwarci na miejscowe smaki i tradycyjne potrawy. Dlatego staramy się szukać miejsc jak najmniej turystycznych, najlepiej tych, które wybierają lokalesi.

Chile i Argentyna to nie są kraje dla wegan, króluje tutaj mięso, szczególnie wołowina i jagnięcina. Na wybrzeżu także ryby i owoce morza. Warzywa pojawiają się rzadko, najczęściej w formie ensaladas, w których dominuje pomidor i ogórek. Śniadania są raczej z przewagą słodkich przekąsek – ciast i ciasteczek, dżemów i duce del leche – czyli kremu ze skondensowanego mleka, z dodatkiem jajecznicy, paru plasterków pomidora i owoców. Natomiast Chile to kraj stojący truskawką i ich sok truskawkowy był ulubionym napojem Tosi.

Nasze TOP potrawy wyprawy 😉:

  1. Argentyńskie churrasco – to grillowana jagnięcina lub wołowina, często nad ogniskiem w postaci całych połówek jagniąt. Poezja smaku – idealne wysmażenie, niebiański smak, genialne w swej prostocie. Dla tej argentyńskiej jagnięciny i wołowiny wrócimy do Argentyny.
  2. Ceviche – czyli marynowany tatar z ryb (najczęściej łosoś lub lokalna ryba – congrio) albo owoców morza, z dodatkiem papryki i czerwonej cebuli. Najlepsze jedliśmy na targu rybnym w Punta Arenas. Uwaga – można wpaść w uzależnienie.
  3. Chilijskie churrasco – to z kolei kanapka z mięsem (wołowina lub jagnięcina) z awokado (palta), pomidorami, majonezem, ostra papryką, czasami także z kapustą kiszoną (wpływy niemieckie). Można też spotkać odmianę wieprzową czyli lomito.
  4. Cazuela – rosół, po prostu rosół, ale w chilijskiej odmianie – bez makaronu, ale za to z mięsem, ziemniakami, kukurydza, czasami też z ryżem. Zasada jest taka, że najpierw się wypija rosół, a potem na dodatkowym talerzu pałaszuje się kolejne dodatki.
  5. Chorrillana – nie jest to wyszukana potrawa, ale w sumie smakuje nawet dobrze. Jest prosto: frytki, smażona cebula, wołowina lub jagnięcina i na to jajka sadzone. Bomba kaloryczna, ale po wspinaczkach górskich lub długich spacerach na południu Chile w sam raz jako uzupełnienie energii.
  6. Sopailillas lub empanadas – pierogi, z charakterystycznymi dziurkami od widelca, tylko że smażone – w zależności od regionu: z mięsem, jajkiem, krabem lub fasolą. Zdecydowanie street food chilijski i argentyński.
  7. Machas de parmezana – czyli małże zapiekane z parmezanem lub serem matecoso, świetne jako przystawka, nigdy nie jedliśmy małży w takiej formie.
  8. Duce del leche – długogotowany krem ze skondensowanego mleka, w wersji chilijskiej zwany ….. Doskonały do naleśników, tortów, kultowy w tym regionie.
  9. Completo Italiano – kompletne zaskoczenie i kolejny chilijski street food. Otóż jest to rodzaj hot doga z nieprawdopodobną ilością awokado, pomidorów i majonezu. Parówka równie obrzydliwa jak w każdym kraju na świecie, ale trzeba tego spróbować. Może nawet ze dwa razy 😉
  10. Mote – największa kulinarna zagadka tego wyjazdu. Trochę ice tea, trochę deser. Jest słodkie, pyszne, złożone z zimnej herbaty, cukru, śliwek i preparowanego ryżu. Sprzedawane na ulicy, z małych wózeczków.
  11. Pisco Sour – kultowy drink Chile, czyli pisco brandy, limonka, cukier i kostki lodu. Nie dajcie się zwieść jego słodkości, ma tajemniczą moc ścinania z nóg….

I jest jeszcze dwie pozycje poza podium. Po pierwsze chilijskie i argentyńskie wina. Nie piliśmy złego, są głębokie w smaku i kolorze, szczególnie malbeck, merlot i cabernet savignon. Po drugie – chilijskie pieczywo, w szczególności bułki – sprzedawane na wagę, albo w postaci okrągłych bułeczek, albo płaskich placuszków z dziurkami od widelca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social profiles
Close